sobota, 19 marca 2016

"The Show Must Go On" - Prolog



     Smutny, wiecznie płaczący Londyn. Tak idealnie oddający wygląd mojej duszy. Szarej, smutnej, ponurej, zimnej. Mimo to się śmieję! Każdego dnia! Perlistym i sztucznym śmiechem. Udaję przed ludźmi szczęśliwego człowieka. Bawię się każdego wieczoru w najlepszych klubach, słucham wesołych piosenek, farbuję włosy na ekscentryczne kolory, bo przecież tak robią szczęśliwi ludzie. Jednak moje włosy są szare… tak samo jak moja dusza.

Wszyscy ludzie się nabierają. Prawie wszyscy… Wszyscy, tylko nie ON. Jego wielkie brązowe oczy przeszywają mnie na wskroś. Nigdy nie daje się oszukać, a jego głównym celem jest  wywołanie u mnie prawdziwego uśmiechu.


~~*~~

     
     Muzyka głośno dudniła. Dopiłam kolejnego drinka. Alkohol coraz bardziej uderzał mi do głowy. W klubie nie było żadnego porządnego faceta, więc stwierdziła, że zajmę się płcią piękną. Procenty potrafią zmienić człowieka.


Zobaczyłam bardzo ładną brunetkę, więc chwiejnym krokiem weszłam na parkiet i zawirowałam w chaotycznym tańcu. Wszystko się kręciło, a różnokolorowe światła nieznośnie migały, jednak to mi nie przeszkadzało. Zaczęłam tańczyć przy mojej zdobyczy, dając jej do zrozumienia jakie mam plany wobec niej. Dziewczyna okazała się bardzo chętna i upita.

W ten oto sposób po kilku minutach tańczenia zaczęłyśmy ocierać się o siebie i obmacywać. Nasze usta złączały się w namiętnych pocałunkach. W dole brzucha zaczęłam odczuwać rozkoszne mrowienie, a między udami wilgoć. Wszystko dookoła przestało się liczyć, ważne było tylko ciepło jej ciała i moja żądza.


Kiedy szalona muzyka zmieniła rytm miałam przebłysk trzeźwego myślenia i niepokoju. Jednak alkohol nie pozwolił na to, aby ten stan długo trwał. Powróciłam do gorących ust nieznajomej i delikatnie włożyłam dłoń w jej spodnie. Cicho jęknęła.


    W tym momencie wszystko się skończyło. Poczułam jak czyjeś silne ramiona odciągają mnie od mojej wybranki i ciągną w nieznanym mi kierunku. Świat znów zaczął wirować, a światła nieprzyjemnie razić. Nieznany osobnik mocniej mną szarpnął. Cholernie cuchnął. Chciałam się wyrwać, ale nie dałam rady. Trzeźwy przebłysk sprawił, że dotarło do mnie co zaraz nastąpi. Serce mi szybciej zabiło, a gardło ścisnął strach.

- Ej kolego! Zostaw mnie! – wybełkotałam i spróbowałam się wyrwać z jego śmierdzących ramion. Nie udało się.

- Nie wierć się mała, pobawimy się trochę. – wysyczał mi do ucha. Czułam jego parszywy oddech. Znowu się szarpnęłam, jednak byłam zbyt pijana, a on zbyt silny. Światła niesamowicie biły po oczach uniemożliwiając mi dostrzeżenie twarzy oprawcy.

- Nie chcę! – wypiszczałam zrozpaczona, ale nic to nie pomogło. Zacisnął tylko mocniej dłonie na moich ramionach, sprawiając tym duży ból. Nie wiem dlaczego, ale w tamtej chwili pomyślałam o tym jakie ogromne będę miała siniaki, a przecież to nie była najgorsza z rzeczy, które miały spotkać moje ciało.

- Mój drogi nie słyszysz, że ta pani nie chce iść z tobą? – do moich uszu doszedł głos jakiegoś mężczyzny, jednak nie mogłam go dopasować do nikogo mi znanego. Mój oprawca wypuścił mnie ze swych żelaznych objęć, zatoczyłam się i najprawdopodobniej skończyłabym na podłodze, gdyby nie wybawca, który złapał mnie w odpowiednim momencie.


Poznałam jego zapach. Na myśl o tym, że nie mogłam zidentyfikować jego głosu, a rozpoznałam go po zapachu głośno się roześmiałam. Objął mnie ramieniem i docisnął do klatki piersiowej. Jęknęłam z bólem kiedy zacisnął dłoń na pokiereszowanych ramionach. Chciałam zobaczyć twarz zboczeńca, który usiłował zabawić się moim ciałem, ale alkohol w organizmie, dzikie światła i dym uniemożliwiały mi to. Zauważyłam tylko jego palec wycelowany w moją osobę.

- Masz szczęście głupia suko, bo gdyby nie ten rozmiękły chuj, już byłabyś jeb… - wylądowałam boleśnie na twardej posadzce, a obleśny facet zataczał się wyjąc z bólu i obiema rękami trzymając się za nos.


Mój rycerz rozmasował sobie dłoń po czym podniósł mnie i wziął na ręce. Przymknęłam oczy i zaczęłam rozkoszować się jego naturalnym zapachem zmieszanym z wonią tytoniu i niesamowicie pięknymi perfumami. Tylko alkohol psuł tą piękną mieszankę.

Szedł stosunkowo spokojnym krokiem, ale oddech miał przyspieszony, a serce mocno mu biło.

     
    Usłyszałam jeszcze tylko jak mówi do kogoś jakieś słowa pożegnania i wszystko ucichło. Bębniąca muzyka umilkła, poczułam powiew świeżego, chłodnego powietrza. Rozchyliłam powieki i popatrzyłam na niego. Było ciemno, tylko co jakiś czas kiedy mijaliśmy latarnię mogłam dokładniej mu się przyglądnąć. Miał lekko rozchylone usta i wzrok wbity w jakiś bliżej nieokreślony punkt na horyzoncie.

- A ja lubię twoje zęby. – wybełkotałam i ziewnęłam. Popatrzył na mnie z góry i uśmiechnął się lekko.

- Jak wrócimy do domu to będziesz się ze mną kochał? – tym razem nawet na mnie nie spojrzał, tylko wyszeptał:

- Ty już lepiej śpij. – warknęłam coś niemiłego pod nosem i wtuliłam się w niego.

- Zaśpiewaj mi coś. – powiedziałam ziewając. Pokręcił głową w geście zrezygnowania i zaczął nucić moją ulubiona melodię. Zamknęłam oczy, ziewnęłam jeszcze raz i odpłynęłam. 





Dodam jeszcze po jednym rozdziale z tego opowiadania i poprzedniego, żebyście mogli zdecydować, które bardziej wolicie, żebym kontynuowała ^^

sobota, 5 marca 2016

NOWE ŻYCIE - Sex, drugs & rock n' roll!!! ~Rozdział 1



    Odkąd pamiętam nienawidziłam niedzieli. Kojarzyła mi się z końcem weekendu, powrotem do patologicznej szkoły i przymusem pójścia do kościoła. Tak samo było teraz, jedyny plus był taki, że nie musiałam iść na drugi dzień do budy.
      
    Siedziałam w kościelnej ławce, w jednym z pierwszych rzędów, wciśnięta między moją babcię i jej przyjaciółkę. Co chwilę słyszałam docinki na temat mojego wyglądu. Miałam serdecznie dość, a to moja koszulka nie tak, a to włosy jak u pani spod latarni, a to coś tam jeszcze. Fałszywe purchawy. Tu święte rączki składały, a na boku mieszały każdego z błotem. Najchętniej wyszłabym stamtąd i zamknęła się w swoim pokoju, słuchając muzyki… ale obiecałam mamie, że będę miła dla babci i będę „grzeczną dziewczynką”. Minuty podczas których czekałam na rozpoczęcie się show dłużyły mi się niemiłosiernie, ale cała horda moherów bardzo starała się umilić mi czas. Dowiedziałam się od nich kilku ciekawych rzeczy na mój temat, o których nie miałam pojęcia.
    
     Na kazaniu chciałam umrzeć! Ksiądz wygłaszał z ambony przemowę na temat młodzieży, tego jaka ona jest zła , co z nami zrobiła współczesna muzyka i inne takie pierdoły. Słysząc to doszłam do wniosku, że według księży najlepiej byłoby gdybyśmy nie istnieli, albo całe swoje życie poświęcili na chodzenie w habitach i modlitwach. To już popełnienie samobójstwa wydawało się lepsza opcją… w tamtym momencie w ręcz wybawieniem.
Postanowiłam się wyłączyć, może nawet zasnąć, dlatego skupiłam swoje myśli na niedawno poznanym chłopaku. Moje życie towarzyskie było na poziomie zerowym, a obcowanie z płcią przeciwną  na minusowym, więc jak już miałam okazję poznać jakiegoś samca to bardzo to „przeżywałam”… i to jakiego samca. Był przystojnym Mulatem z burzą czarnych loków. Grał na gitarze elektrycznej w rockowym zespole, z którego w zasadzie znałam tylko jego. Słyszałam kilka ich kawałków i muszę przyznać, że bardzo mi się spodobały chociaż nie do końca były w moim guście. Niedawno wydali płytę i osiągnęli to o czym tak bardzo marzyli – sławę. Jedno jest pewne, Slash miał tabuny fanek, które dałyby się pociąć za rozmowę z nim, a ja go poznałam wpadając na niego przed biurowcem mojej mamy, kiedy wybiegałam z niego wkurzona i zalałam go moją mrożoną kawą. Nie miałam pojęcia kim był i jakoś tak się złożyło, że kontakt nam się nie urwał, nawiązaliśmy przyjacielską więź i prawie każdy dzień spędzaliśmy razem. Może nie każdy, co trzeci. Był moją jedyną rozrywką w tamte wakacje , jak już wcześniej wspominałam nie miałam znajomych, nie chodziłam na imprezy. Prowadziłam cichy tryb życia, ale Slash powoli zaczynał wywracać to do góry nogami.
    
     Z mojego zamyślenia wyrwał mnie głośny trzask. Zauważyłam poruszenie wśród stada babć, więc odwróciłam się w stronę źródła hałasu, którym było wejście do kościoła. Czułam jak serce mi zamiera na chwilę, żeby po paru sekundach zacząć dziko galopować. W wejściu do świątyni stał obiekt moich przemyśleń i energetycznie rozglądał się po wnętrzu pomieszczenia, wprawiając tym swoją czuprynę w falowanie. Po chwili zatrzymał swoje spojrzenie na mnie (chyba, ciężko określić przez włosy zasłaniające twarz) i szeroko się uśmiechnął. Ksiądz zamilkł (może Bóg jednak istnieje i ma nas w swojej opiece), a babcia rzuciła mi zabójcze spojrzenie.
  
     Nie miałam pojęcia jak zareagować, więc po prostu wzruszyłam ramionami udając że nie znam tego osobnika. Tymczasem Slash zmierzał w moim kierunku, a ja miałam kompletną pustkę w głowie. Byłam całkowicie wpatrzona w niego.  Wyciągnął do mnie rękę i tak stał z wielkim uśmiechem na ustach. Słyszałam szmery wokoło i o dziwo babcia nic nie gadała. Chyba patrzyła tępo w jego dłoń tak jak ja. Wbrew swojej woli chwyciłam ją i zostałam wyciągnięta z ławki. Szarpnął mnie w stronę wyjścia, a ja jak robot poszła za nim. W głowie miałam tylko jego postać i to jakie będę miała później piekło za ten wybryk.
   
     W momencie kiedy uderzył mnie w twarz powiew świeżego, letniego powietrza i zapach jego włosów, które musnęły mój policzek wprawione w ruch przez wiatr, zauważyłam jaki ten dzień jest piękny. Ptaki śpiewały, słońce cudownie przygrzewało, a ja właśnie stawałam się wolna. Głośno się zaśmiała i pobiegłam przed siebie mocno ściskając jego dłoń. Przez chwilę widziałam jego zdziwioną minę, ale nie przejmowałam się tym i w podskokach zmierzałam do samochodu z którego wydobywała się głośna muzyka i krzyki kłótni. Nie wiedziałam kto tam siedzi, ale byłam w stu procentach pewna, że to towarzystwo Slasha. Jednak zapomniałam o jednym drobnym szczególe. Mojej babci.
- Anastasio Knight co Ty wyprawiasz? – gwałtownie się zatrzymałam, a Slash lekko wpadł we mnie. Znowu ta odpowiedzialna część mojego umysłu mówiła mi, że robię głupotę,  że powinnam skruszona wrócić do ławki i błagać Boga o przebaczenie. Ale cichy głos mojego towarzysza wyklinający coś pod nosem przywrócił mi zimną krewa. Odwróciłam się gwałtownie i spojrzałam babci w oczy.
- Jak ty się zachowujesz, co to ma znaczyć? Kim w ogóle on jest? Wygląda jak bezdomny! ON JEST CZARNY?! – ostatnie słowa przyczyniły się do zamordowania mojej rozsądnej części umysłu. Slash stał, nie odzywał się i nic nie robił, dając mi pole do popisu. Nienawidziłam rasistów i homofobów.

- Tak babciu. Jest czarny i regularnie z nim sypiam. – Mówiąc to rozpięłam stanik pod koszulką, zdjęłam ramiączka przez rękawy i rzuciłam nim gdzieś na bok. Potargałam rajtki i chwyciłam za rękę śmiejącego się pod nosem gitarzystę.

- Sex, drugs & rock n' roll!!! – wykrzyczałam i zostawiając osłupiałą babcię za sobą, pobiegłam do samochodu pełnego rozwrzeszczanych postaci.





niedziela, 14 września 2014

Prolog. Moje życie umarło. Nana.

  Pamiętam ten dzień. Były to moje urodziny. 

  Dzień w którym umarło moje życie... Dzień w którym Ty umarłeś.

  Po nagraniach dowiedziałam się że wywiad dla gazety jest odwołany i że mogę wracać do pokoju.

  Siedziałam tam i patrzyłam jak pada deszcz. Czekałam na przyjazd Hachi, Yasu i całej reszty. Kiedy wreszcie zadzwonił dzwonek do drzwi zabroniono mi ich otwierać. Wszyscy dziwnie się zachowywali. Usłyszałam głos Yasu. Rozradowana pobiegłam do drzwi, ale widok był szokujący. Wszyscy płakali. Zapytałam o co chodzi i dowiedziałam się tego... Dowiedziałam się że nie żyjesz.

  I w ten o to sposób zdałam sobie sprawę że zginęło moje życie.


 Ogarnęła mnie przeraźliwa pustka... nie dałam rady płakać. Nie chciałam jechać na identyfikację zwłok, na Twój pogrzeb... Dopiero kiedy Yasu powiedział że to ostatnia szansa... opamiętałam się. 


  Już nigdy Cię nie zobaczę... nigdy... moje życie umarło.


  Całe Twoje ciało było zmasakrowane. Ochroniłeś tylko swoje ręce... tak cenne dla gitarzysty...  tak cenne dla mnie. 


  Moje życie umarło...


  Nie byłam w stanie powiedzieć czy to Ty. Z Twojej twarzy nic nie zostało... z Twojego ciała... Tylko nienaruszone ręce...


 Moje życie umarło.


 Jednak serce mi podpowiadało, że to Ty. Świat runął mi na głowę. 


 Moja życie umarło!  

  
 Pogrzeb był jak każdy inny... Wszyscy przyszli. BLAST,  TRAPNEST... Hachi... cały czas płakała. Ja nie potrafiłam. Po pogrzebie wróciłam do pokoju. 

Chciałam iść do Ciebie.  

 Chciałam się zabić, ale Yasu jak zawsze przyszedł w porę... Od tamtej chwili ktoś przez cały czas przy mnie był... pilnował mnie, uniemożliwiał mi spotkanie z Tobą! Po jakimś czasie przestali przy mnie siedzieć. Zaczęli prowadzić normalny tryb życia. Chodzić do pracy... a ja? A ja nie potrafiłam. Nie wychodziłam z pokoju... Nie jadłam. Schudłam. Nie dałam rady jeść... Bez Ciebie czułam się taka samotna. Wszyscy gdzieś poszli. Wzięłam gitarę, papierosy i trochę pieniędzy. Wyszłam. Po prostu wyszłam. Tak jak było rok wcześnie kupiłam bilet w jedną stronę. Odeszłam bez słowa. Spaliłam za sobą mosty. Było to dla mnie bardzo bolesne... zostawić wszystkich... zostawić Hachi. 
 
 Moje życie umarło! REN NIE ŻYJE!!!


 ~*~


Jestem zafascynowana anime i mangą Nana. Zakończenie, a tak właściwie nie zakończenie, bardzo mnie nie zadowoliło wiec musiałam coś o tym napisać. Przepraszam za brak przecinków ale nie potrafię ich wstawiać. Przepraszam że nie komentuję na waszych blogach, ale nie mam czasu, żeby nie było!!! Notki czytam!!!


wtorek, 12 sierpnia 2014

"Miłośc nie wybiera" - ROZDZIAŁ 3

 ~Myśli Momo~    

~*~

    Wpadłam do domu jak burza. Ogarnęła mnie dzika złość i furia. Nie panowałam nad sobą. Trzasnęłam z całej siły drzwiami. Chwyciłam się za głowę. Przepełniała mnie czysta nienawiść. Nienawiść do samej siebie. Chwyciłam wazon z kwiatami i rzuciłam nim o ścianę. Szkło wbiło mi się w ręce. Nie czułam bólu, ale mimo to zapłakałam. Zapłakałam nad swoją głupotą. Nagle cała wściekłość ustąpiła miejsca bezradności. Bezradności i smutkowi. Usiadłam na łóżku i gorzko płakałam. Słone łzy spływały na moje, pokaleczone ręce przez co ból zaczął być coraz bardziej odczuwalny. Słyszałam jak mama dobija się do drzwi mojego pokoju. Mówiła coś, ale nie wiem co. Nie słuchałam. Chciałam mieć tylko spokój. 
- Zostaw mnie w spokoju! - ryknęłam. Nawoływania ustały, a ja położyłam się na łóżku. Ręce cholernie bolały, ale nie miałam ochoty i sił ich opatrywać. Byłam zła na siebie. Na swoją głupotę. Poniosło mnie. Przecież on był ode mnie starszy! Był moim nauczycielem, a ja jak głupia blondynka zakochałam się w nim i dałam się ponieść emocjom. Ktoś kiedyś powiedział, że miłość nie wybiera... 
Czułam jak ogarnia mnie przyjemne odrętwienie. Morfeusz zabierał mnie na swój rejs do krainy marzeń.

~*~ 

    Śniły mi się koszmary. Straszne koszmary. 
Szłam ulicami Konohy, a wszyscy mieszkańcy gapili się na mnie i zmieniali się w kościste potwory. Wytykali mnie gnijącymi palcami. Krzyczeli na mnie, nazywali mnie potworem, popychali, uderzali. Wśród nich widziałam moich przyjaciół. Naruto, Sakura, Kakashi. Każdy ze mnie kpił. Bolało, tak cholernie bolało. Chciałam podbiec do Kakashiego i go przytulić, błagać żeby przestał, ale on za każdym razem mnie odpychał. Naruto i Sakura tak samo. Za którymś razem zostałam uderzona. Mimo że to był sen, to bolało realistycznie. Miałam już dość. Usiadłam na ziemi i zaczęłam płakać. Znowu płakać. Kiedy wszystkie maszkary zaczęły zbliżać się do mnie, ja zaczęłam krzyczeć i wtedy się obudziłam.

~*~ 

     Obudziłam się na pewno nie tam gdzie zasnęłam. Zasnęłam w MOIM ŁÓŻKU, a obudziłam się NIE W MOIM ŁÓŻU, tylko W LESIE, W ŚPIWORZE!!! ~ Co jest do kurwy nędzy?!~ Chciałam złożyć dłonie w pięści, ale nie dałam rady. Podstawiłam sobie dłonie przed oczy i zobaczyłam że mam je solidnie opatrzone i zabandażowane. Nie przeczę, mocno się zdziwiłam, no bo KTO KOGOŚ PORYWA I TEGO KOGOŚ OPATRUJE??!! Szybko  podniosłam się do siadu, ale równie szybko zostałam z powrotem zepchnięta na śpiwór. Spojrzałam w stronę z której powędrowała ręka. ZATKAŁO MNIE. Siedziała tam ruda małpa z CAŁYM ryjem w kolczykach! Z niedowierzania rozszerzyłam oczy. 
- Stary, gdzieżeś se to zrobił? Ja miałam problem ze znalezieniem studia gdzie mi przebiją ucho przy chrząstce, a ty masz całą facjatę w żelastwie!!! Weź że daj cynka! - zrobiłam oczka jak kot ze Shreka.
- Momoko Zekuro? - zpytał. Ton miał taki, że można było se oko wydłubać. Zrobiłam minę: spierdalaj, mam focha i rzuciłam w niego nienawistnym spojrzeniem. Dopiero wtedy zauważyłam że ten ziom ma na sobie płaszcz Akatsuki. Dostałam palpitacji serca, ale ja i moja duma nie pozwoliła na pokazanie tego. Zrobiłam bojową minę, 
- A bo co? - warknęłam 
- Zapytam jeszcze raz. Momoko Zekuro? - uuuuuu... dziadziuś się wkurzył, więc trzeba być dobrą dziewczynką. 
- Owszem. Czego chcesz? - heh... miła jak zawsze. 
- Jestem liderem organizacji przestępczej Akatsuki - zaczął swój wywód. 
- Zdążyłam zauważyć - bąknęłam pod nosem, a on to zignorował... 
- Natomiast ty jesteś ciekawym okazem, który chce mieć w swoich szeregach - w tym momencie zakrztusiłam się własną śliną, ale liderek posłał mi łupniaka w plecy i przeszło.  
- Miałabym zdradzić wioskę? - wychrypiłam wściekle. 
-  Nie zdradzić tylko opuścić. 
- Jak zwał tak zwał - ponownie olał to co powiedziałam. 
- Doskonale wiesz, że masz w sobie demona, Okami - ~To tak on się nazywał!~ - Konoha nie pomoże ci w opanowaniu jego mocy, a ja owszem. - Spojrzał na mnie znacząco. Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Z jednej strony czułam że powinnam z nim pójść, zdobyć potężną moc i zemścić się ma tych gnojach z Konohy, którzy mnie wyśmiewali, a z drugiej strony nie wyobrażałam sobie życia bez Wioski Liścia. Bez Narto, Sakury i bez NIEGO. Czułam się rozdarta na dwie części. Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Rudzielec jakby czytając w moich myślach powiedział: 
- Prawda jest taka, że powinnaś pójść ze mną. W wiosce nikt i nic cię nie trzyma. Jesteś tam tylko dla niego, a on i tak cię nie pokocha. Nie wie jak cierpisz. Nie zna twojego bólu, więc nie odwzajemni twoich uczuć. Wybór należy do ciebie. Masz kilka tygodni na zastanowienie się. Kiedy przyjdzie pora przyjdziemy po ciebie. Nikomu masz nie mówić o naszym spotkaniu, inaczej bez zastanowienia zabije twoich bliskich, a potem ciebie - to powiedziawszy podszedł do mnie i uderzył mnie w kark. Film się urwał. 

~*~   

    Tym razem nic mi się nie śniło. Całkowita pustka, tylko od czasu do czasu ciszę przerywał potworny ryk. 

    Obudziłam się pod jakimiś drzwiami. Łeb bolał mnie niemiłosiernie. Usiłowałam się podnieść, ale zamiast wstać zaryłam czerepem, jak podejrzewam, w drzwi. 
- Kurwa - warknęłam. Zrezygnowana, padłam na glebę. Zastanawiałam się nad propozycją tego rudego psychopaty i nad tym gdzie jestem. Po kilku minutach spędzonych sam na sam ze swoimi psychopatycznymi myślami usłyszałam zgrzyt otwieranych drzwi. Poczułam się szczęśliwa jak kucyk w tęczowej krainie kredek. Popatrzyłam w stronę mojego wybawcy. Jedna myśl: KURWA. 
- Momo? Co tu robisz? 

~~*~~  
   
    Wszem i wobec ogłaszam że powróciłam ^^ ktoś w ogóle za mną tęsknił? Hehe... rozdział beznadziejny, z resztą jak zawsze ^^ Pisany na szybko i bez przemyślenia!!! Nie miałam pojęcia jak wprowadzić Akatsuki, więc poradziłam się specjalisty od Akasiów, wszechmocnej KATYATO! Ta mi powiedziała żebym ich wprowadziła kominem, albo oknem bo drzwi i tak rozjebią ^^  Katyato kocham Cię :*******


piątek, 20 czerwca 2014

"Miłośc nie wybiera" - ROZDZIAŁ 2

   Czułam jak na moje policzki wypływa rumieniec. Jednego byłam pewna - spaliłam największego buraka w historii Konohy. Popatrzyłam na wszystkich w około. Sakura lekko zmieszana stała z tyłu, Naruto głupkowato się uśmiechał, a Kakashi stał niewzruszony z założonymi na klatce piersiowej rękami.
- Kakashi-sensei ja rozumiem, że jesteś mężczyzną i potrzebujesz kobiety - zaczął poważnie blondyn, co w jego wykonaniu wyglądało komicznie. On i powaga! - NO ALE WEŹ! Momo jest w moim wieku! To podchodzi pod molestowanie nieletnich - Naruto zaczął zwijać się i krztusić ze śmiechu. Od początku czułam, że to nie będzie nic mądrego. Załamałam się totalnie. Coraz bardziej zaczynałam powątpiewać w nas, czyli młodzież Konohy i naszą inteligencję. Przecież na kilometr było widać, że mnie z Kakashim nic nie łączy! Przynajmniej tak sądzę... 
- NARUTO! - usłyszałam krzyk Sakury. Po sekundzie chłopak leżał na ziemi znokałtowany. Jednak dziewczyna nie wytrzymała. Odkąd zaczęłam swatać tą dwójkę i z nimi się zadawać, robiłam wszystko, żeby oduczyć Sakurę walenia Naruto po głowie. I tak miał ciężkie myślenie, więc okładanie go pięściami po czerepie na pewno mu nie pomagało w myśleniu. Dziewczyna dzielnie sobie dawała radę i swoją frustracje wyładowywała na jakimś drzewie w pobliżu, ale tutaj najwyraźnie przelała się czara... goryczy? 
- Sakura. Spokojnie. Niech gada sobie co chce, - powiedziałam spokojnie do różowowłosej - ale wiedz Naruto, że ja nie wiążę się z takimi starymi kaszalotami jak Kakashi - prychnęłam na chłopaka i odwróciłam się do ściany. Słyszałam jak Kakashi zachłysnął się powietrzem, jak Naruto dostał dzikiego ataku śmiechu i jak Sakura kulturalnie usiłowała się powstrzymać od śmiechu. Po kilku minutach wszyscy się uspokoili, Kakashi zaczął spokojnie oddychać, Sakura się opanowała, a Naruto zdzielony przez dziewczynę już spokojnie siedział na podłodze. 
Nagle poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń. 
- Momo nie gniewaj się, - powiedział blondasek - ale muszę przyznać, że z tym kaszalotem to pojechałaś - dodał i nastąpiła kolejna salwa śmiechu szybko okiełznana przez mrożące krew w żyłach spojrzenie Sakury. Ja na to tylko fuknęłam i odwróciłam głowę. 
- Wcale nie jestem taki stary - burknął naburmuszony Kakashi, widok jego obrażonej buźki był uroczy. Powoli wstałam z krzesła i podeszłam do niego. Położyłam mu swoją rękę na ramieniu i powiedziałam poważnym tonem: - Nie oszukujmy się - on jedynie prychnął i wyszedł obrażony. Naruto mało się nie przewrócił ze śmiechu, a Sakura ze zrezygnowaniem zabrała się za uspokajanie go pięścią. 
Stałam przez chwilę i zastanawiałam się nad tym co powiedziałam. Czy aby nie przesadziłam? I czy on na prawdę się obraził? Po minucie burzy mózgu i wszystkich myśli, postanowiłam go poszukać. On był zdolny do wszystkiego i nie miałam pojęcia, czy pojął, że to jest żart. Szybko pobiegłam go szukać. 
  
~*~ 
  
    Nigdzie, ale to nigdzie nie mogłam go znaleźć. Po godzinie szukania go, zrezygnowana poszłam do parku. Usiadłam na mostku i popatrzyłam w swoje odbicie. Fioletowe, żyjące własnym życiem włosy, tego samego koloru oczy. Nic specjalnego. Zamknęłam ślepia i z cichym westchnieniem oparłam głowę o poręcz mostka. Byłam już zmęczona moją życiową sytuacją. Na prawdę bałam się, że Kakashi się na mnie obraził. Kochałam go. Kochałam, ale jako przyjaciela. Kiedy był mi potrzebny był przy mnie, nawet w środku nocy, męczona koszmarami, przychodziłam do niego, a on dawał mi kakao i pomagał zasnąć. Do Naruto nie potrafiłabym tak przyjść, ani do Sakury. Przy Kakashim czułam się dobrze. Wiedziałam, że mogę mu powiedzieć wszystko, wiedziałam że on mnie akceptuje w stu procentach taką jaką jestem. Oczywiście z Naruto było tak samo, ale mimo wszystko to nie to co z Kakashim. Teraz pojawiło się jedno pytanie: czy to była miłość tylko przyjacielska? Miłością przyjacielską i braterską darzyłam na pewno Uzumakiego, a Kakashiego? Zrezygnowana westchnęłam. Ktoś przysiadł się do mnie. Od razu wiedziałam, że to on. Miał taki kojący zapach, ale jednocześnie rwący wszystkie moje komórki. Nikt tak na mnie nie działał. Nigdy. Głęboko wciągnęłam powietrze. Chciałam go poczuć. 
- Posłuchaj, ja na prawdę... - zaczął tym swoim ciepłym i troskliwym głosem
- Nie - przerwałam - Wiem. To ja źle postąpiłam. Nie powinnam tak do ciebie mówić. Jestem tylko gówniarą, cholernym demonem, a ty szanowanym jouninem. Przepraszam - to ostatnie wyszeptałam. Tak rzadko kogoś przepraszała, że już zapomniałam jak się to mówi. Kakashi popatrzył na mnie zdziwiony. 
- Nie o to mi chodziło - wyszeptał - To ja chciałem przeprosić ciebie 
- Za co? - zapytałam zdziwiona. 
- Kiedy Naruto powiedział to o mnie i o tobie w Ichiraku, zrozumiałem że to musi tak wyglądać. Stary koń przystawiający się do młodej dziewczyny. - wyjaśnił - Nie chcę cie skazywać na wytykanie palcami, - I tak już wszyscy to robili - dlatego wiedz, że nic poza przyjaźnią do ciebie nie czuję - mimo ulgi jakiej doznałam po tych słowach, coś w środku mnie wyło z rozpaczy. Jakaś cząstka mnie pragnęła być kochana przez niego. Jedna łza spłynęła po moim policzki, ale szybko ją starłam. 
- Momo. - powiedział i zaczął się śmiać. Popatrzyłam na niego zdziwiona - Pamiętasz skąd wzięło się to przezwisko? - Wybuchnęłam śmiechem. Tak. Pamiętam skąd ono się wzieło. 
   Był to ciepły, letni dzień. Kakashi, Sakura i Naruto mieli misję. Musieli iść do jakiejś wioski przy granicy i coś tam załatwić bardzo ważnego. Mi się strasznie nudziło, toteż postanowiłam pójść z nimi. Oczywiście Tsunade o wszystkim wiedziała! (Taaaa.. po powrocie dostałam miesięczny zakaz wychodzenia poza granice wioski). Aby wejść do tej wioski musieliśmy przybrać inne postacie, ponieważ Konoha nie żyła z nimi w zgodzie. Gdzieś po drodze mijaliśmy pewną dziewczynę, która bardzo mi się rzuciła w oczy, więc postanowiłam się trochę do niej upodobnić. 
Po załatwieniu tego co mieliśmy załatwić, poszliśmy do baru. Po drodze wszyscy dziwnie się na mnie patrzyli i mi się kłaniali, co było bardzo dziwne, a gdy weszliśmy do baru wszystkie rozmowy nagle ucichły i każdy patrzył na mnie z przerażeniem. Nie wiedzieliśmy o co chodzi, więc usiedliśmy gdzieś na końcy karczmy i nie zwracaliśmy na to uwagi. Byłam w trakcie bardzo ciekawej dyskusji z Naruto na temat tego, które lody są smaczniejsze, czekoladowe, czy waniliowe gdy tu nagle wpadli jacyś goście i zaczeli na mnie wrzeszczeć! Po chcwili wpadła jakiś grupy jegomość (około trzydziestki) i zaczął mnie przytulać. Bardzo nieładnie pachniał, a że ja mam wyostrzony węch, myślałam że zwymiotuje. 
- Skarbie ty mój! Momo kochane! Jak mogłaś uciec mi sprzed ołtarza! Skarbie! - zaczął do mnie mówić i co gorsza całować! Za cholerę nie mogłam mu się wyrwać, a moja drużyna nie mogła mi pomóc bo strażnicy odgrodzili im drogę do mnie. Za tym parszywym grubasem stał jakiś starszy gościu, patrzący na mnie wzrokiem pt. Poczekaj aż będziemy sami! Nie przeżyjesz! Zaczęli mnie ciągnąć w stronę wyjścia, a ja się darłam i wierciłam. 
- Droga panienko Momo! Nie ładnie się tak zachowywać! Nie dość, że uciekłaś sprzed ołtarza, to teraz jeszcze nie chcesz wrócić. Za godzinę ma panienka wraz z narzeczonym zamówioną łódź na wyspe na której państwo spędzają noc poślubną - chwila, chwila. Małżeństwo, statek, wyspa, noc poślubna... SEKS!!! Mniej więcej tak wyglądał mój tok myślenia. Wiedząc co małżonkowie robią w noc poślubną zaczęłam się jeszcze bardziej miotać! Ja nie chciałam tego robić z tym wieprzem! Zostałam spoliczkowana. O dziwo prze "narzeczonego"! Jak ta dziewczyna miała mieć takiego męża to jej współczuję. I w tym momencie do akcji wkroczyła Kakashi. Wybawiciel! Zaczęły się ostre negocjacje i dyskusje. W rezultacie w tej wiosce spędziliśmy dodatkowy dzień. Te małpy za cholerę nie chciały nas wypuścić. Nie można było im wytłumaczyć, że nie jestem panienkom Momo. Nawet przybranie mojej normalnej postaci nie pomogło, ale Kakashi i jego geniusz rozmów pokojowych wszystko załatwiły. Okazało się, że przybrałam postać córki ważnej osobistości z tej wioski, która zwiała sprzed ołtarza do innego chłopaka. W sumie to nie dziwie się dziewczynie... z takim grubasem... Fuj. No mniejsza o to. Z całej tej akcji wywiązała się afera na grubszą skale, ale na szczęście my zostaliśmy wypuszczeni. Drużyna siódma przesiedziała kilka godzin w więzieniu oskarżona o uprowadzenie, a w ogóle co się działo kiedy tamci dowiedzieli się, że jesteśmy z Konohy! Ale wszystko dobrze się skończyło. Miałam mocno przerypane u Tsunade, ale jakoś ją udobruchałam.  

~*~ 
   
   Śmialiśmy się z jak opętani. Razem z Kakashim wspominaliśmy nasze początki znajomości i inne dziwne historie, dawne czasy i nie tylko. Ja ledwo oddychając, szłam przed siebie jak pijana. Zataczałam się i potykałam, co wzbudzało w nas jeszcze większy śmiech. Ludzie w parku patrzyli na nas dziwnie, znaczy na Kakashiego no bo to sławny Hatake! Ja bym mogła publicznie się zabić, a oni jeszcze by zaczęli tańczyć w około moich zwłok, albo całkowicie by to zignorowali.  
Przede mną wyrósł nagle kamień, biorąc pod uwagę mój stan i to jaka ze mnie łamaga, potknęłam się o niego. Kakashi podbiegł do mnie, żeby mnie złapać, ale wyszło z tego to że ja leżałam na Kakashim, a on na ziemi i głupio się śmialiśmy. Początkowo nie zwróciliśmy uwagi na naszą pozycję, ale kiedy się uspokoiliśmy nasze twarze niebezpiecznie zaczęły się do siebie zbliżać. Czułam jego oddech na policzkach. Przeszedł mnie dreszcz i ogarnął gorąc. Lekko przysunęłam rękę do jego twarzy i delikatnie zdjęłam mu maskę. Nie patrzyłam na jego twarz. Byłam zafascynowana jego oczami (a tak dokładniej, okiem). Mogłam tam zobaczyć tyle uczuć. Byliśmy obydwoje podekscytowani. Ja czułam przypływające fale gorąca i cholerną radość tym co miało zaraz nastać. Jeszcze milimetr... jeszcze odrobinka! Tak nie wiele nas dzieliło i... BADUMC!!! Pi@#$%^&*a rzeczywistość mnie spoliczkowała. On - umiejętnościami dorównujący Hokage, dojrzały mężczyzna. Ja - gówniara, z demonem w środku.  
Jak poparzona wstałam z Kakashiego i popatrzyłam na niego. Teraz mogłam mu się przyjrzeć. Męskie ryzy twarzy, zgrabny nos i wąskie usta, których tak pragnęłam w tamtym momencie. Dobrze mi znana blizna przechodząca przez lewe oko i fragment policzka oraz jeszcze jedna, mniejsza na prawym policzku. To piękne ciemne oko, teraz patrzące na mnie ze smutkiem i zdziwienie. Czułam jak serce pęka mi na pół. Po moich policzkach zaczęły płynąć łzy. 
- Przepraszam - wyszeptałam. 

~~~~*~~~~ 

    KOOOOONIEC. Teraz notki będą się pojawiały raczej nieregularnie (ah to moje lenistwo), ale jak będziecie zaglądać w sobotę rano to już na 100% jakaś będzie ;) Jeśli chcecie być informowani to piszcie w komentarzach gdzie mam to robić, ale pewnie i tak będę to robiła na czacie google XD


Macie tutaj jak mniej więcej wygląda Momo :)






 

środa, 11 czerwca 2014

"Miłośc nie wybiera" - ROZDZIAŁ 1

    Kolejny beznadziejny dzień mojego beznadziejnego życia. Kolejny dzień z moją beznadziejną "rodziną". Taaaaaak... Rodziną. Ciężko to tak nazwać, ale co na to poradzić? Nic... rodziny się nie wybiera. Ale w sumie nie dziwie się im, że traktują mnie tak jak traktują... w końcu jestem przypadkiem i to na dodatek demonicznym... Jakbyście nie załapali to jestem nosicielem demona! Nazywam się Momoko Zekuro i mam w sobie demona!!! Demona, którego nazwy nawet nie pamiętam. Hahaha udana jestem, nie? Na szczęście mój cichy towarzysz jeszcze się we mnie nie przebudził, a może na nieszczęście? Miałabym przynajmniej kogoś do towarzystwa na każdą chwilę. Z resztą nie wiem. 
W swoim domu tylko śpię. Z tego względu, że nie wytrzymałabym z moją rodziną nawet godziny, zaraz po przebudzeniu się wychodzę i wracam dopiero koło północy. Ja żyję swoim życiem, oni żyją swoim. Cały czas spędzam z moimi przyjaciółmi. Nie, to nie są przyjaciele, to są znajomi. Przyjacielowi wierzy się bezgranicznie i ufa, a ja nie mogę tak powiedzieć o ludziach z tej wioski. Osobami które mogę nazwać przyjaciółmi jest Naruto Uzumaki, Kakashi Hatake i ewentualnie Sakura Haruno. Naruto mnie rozumie, bo jest taki jak z tą różnicą, że on stał się bohaterem i wszyscy go kochają, a ja jestem zwykłym szaraczkiem, który nawet na misje nie chodzi, tylko czasem dołączam się drużyny siódmej. Wszyscy mieszkańcy Konohy mnie nienawidzą... zresztą z wzajemnością. Naruto z Sakurą często pomagają wygrzebać mi się z dołka, a ja w zamian staram się ich zesfatać ze sobą co, muszę przyznać, daje coraz lepsze rezultaty. Jeśli chodzi o Kakashiego, to poznałam go kiedyś przypadkiem, wpadając na niego na ulicy, ale to inna historia... Innym razem wam ja opowiem. 
    Leniwie zwlokłam się z łóżka i poczłapałam do łazienki. Po drodze zaczepiłam o szafę wyjmując z niej jakieś ubrania. Nie jestem jakąś wyrafinowaną lafiryndą i mam własny styl. Ubieram się normalnie, ale na swój sposób dziwnie. Szorty, bokserka i bluza bez rękawów. Włosy spięte, ale częściej rozpuszczone i trampki, bądź klasyczne buty shinobi. Jestem na poziomie chunina, ale będę walczyła o tytuł jounina, tylko na razie mi Piąta nie pozwala... Gada tam coś o zagrożeniu spowodowanym możliwością przebudzenia się tego czegoś we mnie.  
Przypomniałam sobie, że na jedenastą jestem umówiona z Kakashim na ramen. Popatrzyłam na zegar. Była dziesiąta. Wiedziałam doskonale, że Hatake spóźni się jakieś dwie godziny, więc spokojnie poszłam się umyć. Po jakże cudowny prysznicu, czyściutka i pachnąca zbiegłam do kuchni. Była tam moja mama, ale nie zwróciłyśmy jakoś uwagi na siebie. Wzięłam jabłko w zęby, spięłam włosy i wybiegłam z domu. 
   Jeśli was interesuje mój wygląd to mam fioletowe włosy (farbowane, naturalnie ciemny bląd), szare oczy, jestem wysoka i szczupła. Na lewym nadgarstku wytatułowałam sobie znak Konohy... nigdy nie lubiłam tych opasek. To tyle jeśli idzie o mój wygląd. 
   Do budki z ramen dobiegłam w niecałe dziesięć minut. Spóźniłam się jedyne dwanaście minut i tak jak się spodziewałam Kakashiego nie było, ale co mnie ogromnie zdziwiło Naruto też nie było. Zazwyczaj o tej godzinie zjadał już trzecią miseczkę. Lekko zdziwiona wzięłam gazetę i usiadłam przy ladzie. Zaczęłam czytać tego lokalnego szmatławca. Nie było tam nic ciekawego, jakieś wzmianki o Festiwalu Kwitnącej Wiśni przypominające mi o urodzinach Sakury i inne duperszwańce. Jedynym artykułem jaki na prawdę mnie zainteresował była wiadomość o tym, że w pobliżu wioski szwęda się Itachi Uchiha. Niestety nie było żadnych szczegółów, a miałam nadzieję, że dowiem się czegoś konkretnego o nim. Ile razy pytałam kogoś o niego, czy to Naruto, Kakashiego. Piątą lub Sakure nikt nic nie chciał mi powiedzieć. To było takie denerwujące... 
  Na Kakashiego wcale tak długo nie czekałam. Zdążyłam tylko przestudiować całą gazetę i przeliczyć część moich włosów... Tak wiem, jestem nienormalna, ale nienawidzę się nudzić i czekać. 
- Wybacz, ale...- usłyszałam jego głos za sobą. Od razu poczułam, że to on. Rozpoznałam jego zapach. Taki jedyny i niepowtarzalny. To też jedno z moich dziwactw. Rozpoznaję ludzi po zapachu, ale mam to od małego i Tsunade powiedziała, że jest to efekt posiadanie tego czegoś w środku co zapewne jest jakimś psopodobnym czymś.
- Nie kończ!- warknęłam - Mam tego dość! Człowieku! Ja tu włosy zaczęłam liczyć! W-Ł-O-S-Y!!!- patrzył na mnie dość zdziwiony Tylko, żeby nie było. Ja tylko udawałam złom. Na Kakashiego nigdy nie potrafiłam się gniewać. 
- Oj, no nie gniewaj się - powiedział smutno i popatrzył na mnie. Miał minę zbitego psa (warto dodać, że ponad życie kocham psy), ale ja postanowiłam być twarda. 
- Na swój ślub tez się spóźnisz?! - fuknęłam 
- Jeśli ty będziesz na mnie czekała pod ołtarzem, to nie - takiej odpowiedzi w życiu się nie spodziewałam. Siedziałam tam z rozdziawiona gębom i głupio się lampiłam w Kakashiego. 
- Spokojnie! Żartowałem - jak to miał w zwyczaju zaczął się drapać po tyle głowy i śmiać, a ja póściłam focha. Tylko nie mylcie focha z obrażeniem się, ponieważ w moim wykonaniu to dwie różne rzeczy. - Gniewasz się? - zapytał niepewnie. Popatrzyłam na niego spodbyka. 
- Nie! - krzyknęłam i przytuliłam się do niego. Taaak... byłam jedną z niewielu osób, które mogły sobie na to pozwolić. Właśnie. Wspomniałam, że między mną, a Kakashim jest dwanaście lat różnicy? Nie? No to wspominam. On ma dwadzieściadziewięć lat, a ja siedemnaście. Wiem, wiem. On stary, a ja gówniara. Słyszałam niejeden raz tą gadkę od rodziców i Piątej, ale oni wyobrażają sobie niewiadomoco, a my jesteśmy tylko przyjaciółmi... chyba. 
- No dobra, starczy tych słodkości. - odskoczyłam od szarowłosego jak poparzona. Za nami stał rozradowany Naruto i lekko zmieszana Sakura. Nawet nie chcę wiedzieć co oni sobie pomyśleli.

~~*~~ 
  
Mam wolny czas i postanowiłam coś napisać, ale nie miała natchnienia do tamtego opowiadania, więc powstało to coś XD Nie wiem jak się podoba, ale osobiście uważam, że jest lepsze od tamtego gówna.